Cholera, nie wiem po co to piszę. Nie radzę sobie po prostu już z tym sama i nie wiem, co mam zrobić. Liczę podświadomie na to, że ktoś mi pomoże, że ktoś mi doradzi. Co mam zrobić. Bo w samotności jestem cholernie zagubiona - niby jeszcze nie sama, ale już całkiem opuszczona.
Mój problem jest wydawałoby się prozaiczny. Jestem 20 letnią kobietą, która nie ma pojęcia, co ma zrobić ze swoim życiem.
Jestem hetero. Oczywiście. Mam faceta, jesteśmy w związku 4 długie lata, kocham go bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Zrobiłabym dla niego wszystko - żyła, umarła, popełniła pieprzone seppuku, przeszła na fruktarianizm czy hodowała świnki morskie w terrarium. Wszystko….
A teraz prawdziwa wersja mojego życia.
To, co u góry napisałam, to wersja, którą codziennie od ładnych paru lat sprzedaje wszystkim otaczającym mnie ludziom. Tę sielankę zakłóca fakt, że większość z informacji przedstawionych wyżej jest nie do końca lub całkowicie nieprawdziwa. Mam faceta. Jestem z nim w związku 4 lata. Kocham go jak piekło, niebo, seks i wino razem wzięte, skoczyłabym za nim w ogień, zaszła w czworaczą ciąże i została wyklęta z rodziny, dla samego tego, jaki on jest. Ale nie jestem heteroseksualna. Od 7 lat sama przed sobą nie umiem się przyznać do faktu swojej oczywistej, gruntownej biseksualności, który wpycham gdzieś namiętnie (gdzie? nie mam pojęcia… gdzieś głęboko, nie umiem znaleźć, może prozaicznie rzecz mówiąc w dupę?) i próbuję się od niego uwolnić. Biseksualizm żyje we mnie od tylu lat, od mojego narodzenia po dzień dzisiejszy i nie wyrzeknę się go jak bardzo bym chciała, bo nie potrafię. Nie umiem się zaakceptować. Nie umiem dopuścić do siebie tej myśli. Nie potrafię. Problem 7 lat temu wydawał się mieć słabe początki, oswajałam się z tym i w ogóle o tym nie myślałam, rżnęłam cholerne wino pod mostem, paliłam chujowej jakości papierosy i wydawało mi się, że tylko ja cierpię. 4 lata temu przybrał na silę, wtedy pod mostem do wina doszło już faktycznie cierpienie, cholerny Leidenschaft, który dalej we mnie trwa. Zastanawianie się, czy to, co widzę w kobiecych cyckach aby napewno jest normalne. Doszłam do wniosku, że nie jest. Próbowałam powiedzieć odejść samej sobie. Nie udało się.
Rok temu wpadłam całkowicie. Moja seksualność przybrała na sile - nowe miejsce zamieszkania, nowi ludzie, wszystko nowe, nie ujarzmione pragnienia wychodzą na pierwszy plan w mojej głowie, a ja zastanawiam się, o co do jasnej cholery chodzi - nie chcę zostawić mojego faceta, o nie, co to to nie. Mam problem nieco innej natury. Bo ja… bardzo płytko… zakochałam się.
Zakochałam się szybko, po prostu, od pierwszego słowa (prawie 3 lata temu) i pierwszego wejrzenia (rok temu). Zakochałam się boleśnie. Zakochałam się raz i na zawsze. Może się to wydawać dziwne że właśnie tu o tym piszę, ale nie mam komu o tym powiedzieć. Wolę się wyżalić wam, cybernetycznym ludziom czy też komputerowi/internetowi/kartce/czemu kolwiek, byle tylko nie czuć tego bólu aż tak dosadnie.
Wracając do mojego błahego faktu zakochania się - wpadłam jak głupia. Pierwszy raz kiedy ją zobaczyłam, mój świat się rozwalił, obrócił o 180 stopni. Znałam ją z korespodencji już prawie 2 lata, nigdy nie widziałam, myślałam, że to zamknięte. Potem - zobaczyłam. Nie umiem opisać tego uczucia. Pamiętam tylko, że cholerny dymiący papieros prawie wyleciał mi z ust, a cały wieczór trząsł mi się głos. I śniłam o niej całą noc. I moje dłonie były bardzo niespokojne.
Moja…przyjaciółka? Chyba tak. Sama mnie tak nazwała. Wyciągnęłam ją, zachłannie, na piwo, upiłam podstępnie, byleby tylko jej głowa była blisko mnie. Patrzyła na mnie cały czas, mówiła o swoim facecie (którego również posiada na kosmiczną wyłączność, więc tylko on może sobie zaskarbić przyjemność poznawania jej cholernych seksownych i tak mnie podniecających ud, kształtów, piersi - tylko ON!), kładła głowę, coraz bardziej napita na blacie od stolika, a ja tylko modliłam się do samej siebie - powiedz coś. Powiedz jej. Nie powiedziałam. Za to ona:
-Jesteś moją przyjaciółką, z nikim innym nie rozmawia mi się tak, jak z Tobą, jesteś przyjaciółką, przyjaciółką, przyjaciółką.
A ja wtedy, jak ostatni sukinsyn, kurwa, szmata, pomyślałam: “DOBRZE! Mogę sobie być Twoją przyjaciółką, ale chodź ze mną do ubikacji, pokaż mi to, czego tak naprawdę bardzo chcę, o czym myślę, z czym się utożsamiam”. I wyszło ze mnie ujarzmiane zwierze. Zwierzę chowane za maską flegmatyczności i melancholii. Bo nie lubię się odkrywać.
Czy to się zmieni? Sama nie wiem. Pogrążam się coraz bardziej w moich własnych dłoniach i próbuję udawać, że wszystko jest ok. Przecież podniecają mnie faceci. Uwielbiam swojego. Mam obsesję na punkcie penisa. Jestem fanką kobiecych włosów, czarnych, długich i oczu jak u kota. Ale o tym ostatnim ani punktu, w moim nienagannym, przesiąkniętym heterycką dokładnością życiorysie. Jestem Panią Mimozą. Panią Idealną. Panią, która przecież nigdy się nie masturbuje, nie dotyka, nie myśli o seksie (no chyba, że z mężczyzną, sporadycznie, och jakież on ma piękne pęciny), jest ułożona jak pod kant. Prawda jest całkiem inna. A ja nie wiem, jak wyjść z tego zakłamania.
Potrzebuję kobiety. Potrzebuję seksu. Moje uczucie przekłada się coraz bardziej na drugi plan, a na pierwszy wysuwa potrzeba seksu. Z nią, o tak! Lecz jeśli jej nie ma, to z kim? Ona… często mnie zawodzi. Jest chora, ma epilepsję. Często nie pisze. Miesiąc nie dzwoni. Dwa miesiące nie patrzy w oczy. A ja czekam na nią wiernie jak pies. I dalej nie dałam jej pierścionka na urodziny. I dalej myślę tylko o jej cholernych cyckach skrytych za bluzką ze sławnym piosenkarzem. I myślę tylko o tym, że dla niej jestem nikim. Bo nie mam penisa, nie jestem nim, nie jestem idealna. Nie mam zgrabnych stóp zapewne, pęcin wysportowanych, schludnych bluzek, czystych paznokci. Jestem dandysem z białym uśmiechem. I nikt o mnie nie wie nic.
Przez uczucie do niej zaczynam się zatracać we własnych potrzebach. Nie podoba mi się już tylko ona, myślę też o innych. Ale ją kocham. Szczerze. Jej potrzebuję. Jej tylko, z tymi paznokciami. I z niej powinnam się leczyć. Chce mieć dzieci, z moim przyszłym Panem Mężem Towarzyszem Życia Penisem Naczelnym. Chcę. Kocham go najmocniej na całym tym jebanym świecie. Ale druga połowa należy do niej. Chcę się uchronić przed biseksualnością. To najgorsze, co osoba może w sobie nosić. Jesteś jak jabłko. Z jednej strony piękne, z drugiej zgnite. Przeżarte pożądaniem.
Czy naprawdę jestem chora? Czy myslę egoistycznie? Chcę jak najlepiej dla niej. Chcę ją kochać, być przy niej. Nie umiem wyrzec do niej ani słowa. Prezent czeka. Wszystko na nią czeka. Jedno słowo, dam jej wszystko, ostatnie pieniądze, ostatnie ubranie, rozłożę ręce, zrzucę kurtkę. I wrócę do domu znowu o 3 nad ranem po spacerze z jej dennym facetem, który nic ciekawego nie ma do powiedzenia i obejmuje ją notorycznie za pośladki. I zrobię to dla niej.
I pogrążę się tylko dalej w tej wyuczonej melancholii, zapalę papierosa, wina nie wypiję, bo nie ma, poczuję ból w plecach. Nie użyję dłoni. Dzisiaj moje nogi są zamknięte dla niej. Chcę się dalej łudzić….







